poniedziałek, 18 maja 2015

Internetowy detoks i o tym czego nie lubię w Agnieszce blogerce

Prowadzę bloga od 10 miesięcy. Regularnie. Wyłączając ostatni miesiąc. Skąd taka paskudna wyrwa w moim blogowym życiorysie? Po prostu - potrzebny był mi detoks! Powrót do życia przedblogowego.

Miałam już dość Agi blogerki, mamy blogerki, żony blogerki... Mam wrażenie, że moja przygoda z blogiem popędziła w inną stronę niż planowałam. Trzeba mi było przyhamować. Oderwać się na chwilę, żeby móc spojrzeć na sprawy z dystansu. 

Blogowanie jest fajne. Wciągające. Fascynujące. Ale ma też swoje mroczne strony. Trzeba się pilnować, żeby nie dać się zapędzić w kozi róg. Żeby nie stracić z oczu celu, który sobie pierwotnie stawialiśmy.


Po co był mi cały ten bauagan?



Jeśli wrócę do początków. Jaki był cel założenia tego bloga?

Miał być moją motywacją do nauki i tworzenia nowych rzeczy. Chciałam przekonać się czy coś potrafię.  Na początku była biżuteria. Szycie, malowanie, rysowanie, tworzenie elementów graficznych do użytku blogowego i nie tylko. Chciałam poszukać w sobie jakiegoś talentu, pokazywać go innym i rozwijać. Ciekawa byłam czy gdzieś mnie taki eksperyment doprowadzi.

Chciałam też  pisać o rodzinie, o dzieciach. Zatrzymać w ten sposób nasze wspólne chwile. Zbierać wspomnienia. To miał być mój sposób na docenienie tego co mam, na to by przestać nieustannie myślami i planami wybiegać w przód a raczej skupić się na celebrowaniu naszych codziennych, pięknych chwil.

To były dwa podstawowe założenia.

Co z tego wyszło w praktyce?

W praktyce miałam nad sobą imperatyw publikowania dwóch wpisów w tygodniu: Malinko, nie mam czasu teraz rysować, skończę pisać i wtedy ok? O rany, jak już późno! To porysujemy jutro, dobra? 

W praktyce całkiem pochłonęło mnie zbieranie czytelników: Sprawdzanie co 10 minut czy ktoś coś polubił. O Matko, dlaczego nie polubił?! Czy jest jakiś nowy komentarz? Nadal nic?! Czyżby ten tekst był taki słaby... O kurcze nowy obserwator! Hurra! Kto to? Kto to? Cholera, żadnych nowych lajków. Co by tu wrzucić na tego fejsa? Trzeba jakoś rozhulać ten profil! Może założę Instagram?

W praktyce okazało się, że pisanie bloga polega w znacznej mierze na czytaniu setek innych blogów: Ok, dzisiaj siadam do malowania. Tylko najpierw spojrzę co tam na bloggerze, na fejsie, na bloglovin i w zblogowanych. Tylko chwilkę. O kurde, już 12:00?! Jak to się stało? Hmmm... trudno pomaluję jutro!

W praktyce okazało się, że minimalizm, który jest źródłem mojej życiowej równowagi zaczął chwiać się w podstawach pod wpływem wszechogarniających mnie blogowych chciejstw: Hmmm... potrzebne mi jakieś ładne pastelowe miseczki i koniecznie słoiki z papierową słomką. Bez takiego słoika nie da się opublikować przepisu na smoothie! I miętowa forma na tartę. Koniecznie. I chyba muszę jednak zdecydować się na szafki wiszące w kuchni bo jak ja to wszystko pomieszczę!? A może trzeba w ogóle pomyśleć o większym mieszkaniu?

W praktyce okazało się, że pisanie postów kulinarnych potrafi odebrać przyjemność rodzinnych posiłków: Na co masz dzisiaj ochotę? Na gulasz rybny? Nie - to już było na blogu. Może dzisiaj kurczak w cieście? Jest smaczny, fotogeniczny i jeszcze go nie opisywałam. Może być? To Wy sobie jedzcie, nie przejmujcie się mną - muszę porobić zdjęcia. Zaraz dołączę. O już zjedliście? Co? A, nic, to trudno, że zimne. Zjem zimne... Tak - serio, tak to wygląda!

Nie podoba mi się, że odkąd zaczęłam prowadzić bloga mój każdy dzień zaczynał i kończył się w Internecie. Rano, jeszcze w łóżku, na telefonie sprawdzałam czy są nowe komentarze. Wieczorem, już po zgaszeniu światła, ukryta pod kołdrą przed karcącym spojrzeniem męża sprawdzałam czy może ktoś polubił? udostępnił? no? ktoś? coś?!

Nie podoba mi się to. Nie podobają mi się chciejstwa. Nie podoba mi się brak równowagi. Nie podoba mi się to, że dzień jest udany bądź nie w zależności od tego czy ktoś polubił czy nie. Nie podoba mi się wreszcie, że wolę poświęcić czas na szeroko pojęte blogowanie niż na malowanie, naukę szycia czy o zgrozo na własną rodzinę!

DLATEGO PAS! Na chwilę.



Czy było warto?

No pewnie, że tak! Przekonałam się na własnej skórze jak to jest. Przełamałam się, odważyłam. I nigdy nie będę żałować, że nie spróbowałam. Jestem zadowolona z tego co zrobiłam. Lubię czytać swojego bloga. Uważam, że to kawał nie najgorszej roboty. A co!

Dużo się nauczyłam. Umiem już co nieco uszyć. Wiem, że podobają się Wam moje akwarele, rysunki i prace graficzne. Warto to szlifować. Do tej pory myślałam, że to głupoty, na które szkoda poświęcać czas. Robię też coraz lepsze zdjęcia (przynajmniej czasami haha - nie zwracajcie uwagi na tę nieostrą biedronkę). Coraz sprawniej rozkminiam html i css. Poznałam (na razie wirtualnie, ale liczę też że uda się kiedyś i w realu) fajne, kreatywne dziewczyny. Bardzo dużo się od Was, koleżanki blogerki, nauczyłam!

Było warto!

A co dalej?

Nie wymiękam! Piszę dalej! Bo co tu kryć - uwielbiam to blogowanie :) Mam jeszcze tyyyyle fajnych pomysłów! Tylko pilnować się muszę, żeby nie tracić z oczu celu. Żeby się nie zapędzać. To blog jest dla mnie. Nie ja dla bloga :)

Usciski i pozdrowienia z e-odwyku :)
Niedługo wracam!
Agnieszka

19 komentarzy:

  1. Aga! Świetny wpis! Ja też miałam kilka miesięcy temu taki moment, ale szybko mi przeszło. Naprawdę światu nie zrobi różnic czy wrzucę jeden wpis w tygodniu czy dziesięć. I od razu więcej satysfakcji z blogowania się pojawiło :) Ale fakt, że aktywność (jakakolwiek) w internecie wciąga jak diabli. Trzeba się mocno pilnować, żeby tego dnia z komórką w ręce nie kończyć i nie zaczynać. Pozdrawiam. I pisz dalej, ale zgodnie z własnym tempem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pisz Aga, pisz dalej.Uwielbiam kazdy wpis!

    OdpowiedzUsuń
  3. Agula, masz rację! Ja też spasowałam i dobrze mi z tym. Ale nie rezygnuj tak zupełnie, ok? Uwielbiam to miejsce! Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  4. Potwierdzam. Identyfikuję się z wnioskiem. Polecam każdemu z pasją- nie tylko blogową. Dystans i równowaga. I tu jest według mnie pies pogrzebany.
    Cześć.
    Włączam przycisk off- rodzina czeka.
    :))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
  5. Aga! Wyjęłaś mi te wszystkie przemyślenia i wnioski z głowy, podpisuję sie pod każdym słowem obiema rękoma :)) Pozdrawiam serdecznie!
    Marta.

    OdpowiedzUsuń
  6. Uff,dobrze że sie odezwałaś bo juz byłam zmartwiona że cdn.nie nastąpi.Tak trzymaj Mądra Kobieto,,jestem z Ciebie dumna i jednak zostaw sobie jak pisałaś, chociaż troche czasu na blogo-rysowanie, dla naszej przyjemności również :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Podpisuję się pod każdym słowem! Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma i do blogowania też się to odnosi. Czytelnik widzi tylko ładne wpisy, ale ile one kosztują czasu to już tylko bloger wie. I mnie to denerwuje już, że ciągle myślę o nowych postach, promocji, martwię się brakiem odzewu lub cięciami zasięgów na Fb. A projekty z realnego życia leżą i wołają o pomstę... Dlatego dołączę się do e-odwyku :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Aga, fajnie że wróciłaś do świata żywych, a raczej do blogosfery ze świata żywych;). Stęskniłam się. Wszystko to o czym piszesz, to chyba naturalny proces u wszystkich blogerów. Po kilku miesiącach każdy ma prawo mieć kryzys. Jedni idą na detoks, inni zagryzają zęby i działają dalej. Trzeba robić to co Ci podpowiada intuicja. Tez wpadłam w pułapkę wiecznego sprawdzania itd. dlatego postanowiłam sobie wyznaczyć konkretne dni na blogowanie i czynności z tym związane. Nie zawsze sie udaje, ale staram się trzymać rozpiski i to naprawdę dużo daje:).

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja dzięki blogowaniu poznałam lepiej siebie. Myślę, ze warto pisać nawet wtedy jeśli czyta to tylko jedna osoba. I najgorsze co może być to pisanie na siłę, bo nic ostatnio nie napisałam. Wyleczyłam się na szczęście z tego. Czasem jednego dnia piszę 3 posty a czasem przez tydzień nic nie piszę. Pozdrawiam,

    OdpowiedzUsuń
  10. Opisałaś w tym poście całą kwintesencję blogowania. Wszystko co chodzi mi po głowie i co powoduje, że zżynam się co dzień, ale mimo to nadal to robię.. to błędne koło :) ale mało kto potrafi tak otwarcie przyznać się, że to pochłania nam czas, który można by poświęcić rodzinie. to myslenie przez pryzmat przyszlych postów, te ustawiane zdjęcia, te wszystkie "chciejstwa" to przeklenstwo blogowania. Dobrze, że nie jestes na instagramie, bo to dopiero wciaga!!

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo odważny post, autorefleksja...ale w moim przypadku, wspomniana przez Ciebie równowaga, nudzi mnie szybko. Ot taka sinusoida.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja mam zasadę, że piszę tylko o tym, na co danego dnia mam ochotę. Czytam bardzo mało blogów. I nie sprawdzam statystyk. W weekendy z reguły w ogóle nie wchodzę na fb czy na blog, choć czasem zdarza mi się złamać tę zasadę ;) Ale piszę codziennie, bo to moja odskocznia od pracy, obowiązków domowych, moja melisa i lampka wina w jednym ;) Ale też miałam czas, kiedy rzuciłam wszystko w cholerę, choć powody były inne niż Twoje (wróciłam do pracy po macierzyńskim i przy trójce dzieci było mi trudno się zabrać za pisanie). Po kilku miesiącach wróciłam z nową energią i pomysłami. Lubię blogować. Może dlatego, że jasno wyznaczam granice, żeby się nie pogubić i nie pójść w złą stronę :) Ciebie bardzo lubię czytać, więc mam nadzieję, że po detoksie będziesz pisać regularnie :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Fantastyczny tekst. Przyznaję, blogowanie bardzo wciąga.... Bardzo pilnuję, aby się w tym nie zatracić, aby pamiętać, że prawdziwe życie toczy się wokół mnie, a blog to bardzo przyjemne hobby. Ale tylko hobby :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Świetny, szczery i prawdziwy wpis. Każdy piszący bloga ma tak samo, no po prostu nie uwierzę, że posty piszą się same podczas zabawy z dziećmi i gotowania obiadu, a zdjęcia pstryknięte są przy okazji. Coś za coś, a dystans i równowaga są najlepszymi doradcami :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Bardzo fajne ze sobie to wszystko pookładałeś. Czasami w pewnym momencie po prostu trzeba powiedzieć STOP - , popatrzeć dookoła, przeanalizować, sprawdzić priorytety i iść dalej ta sama drogą, albo podążyć w innym kierunku :)

    OdpowiedzUsuń
  16. A ja myślę, jeżeli wolno, że większość blogów to takie "prężenie muskułów" i "autoprezentacja". Taki współczesny ekshibicjonizm w imię misternie konstruowanej świątyni ego. Kiedyś to były po prostu herbatki w kręgach wzajemnej adoracji, również poprawiające nastrój. Potem pojawiły się spotkania z prezentacją fotografi, które na herbatkach obowiązkowo trzeba było oglądać ja z...mój...my.... Dzisiaj trzeba przedstawić całe spektrum "ciężkiej artylerii" i cały wachlarz zdolności i kompetencji żeby zabłysnąć światłem bardziej jasnym niż inne światła i wygłosić bardziej "mojsze" prawdy od "twojszych". Myślę że prawdziwe pasje, o których czasem mowa powstają w zaciszu i w osobistej relacji ( oczywiście zależy to trochę od temperamentu), czasami latami kryją się po szufladach. Myślę ze prawdziwe pasje to prawdziwe uczucia, a prawdziwe uczucia nie oczekują poklasku itd itp. Podziwiam wysiłek blogerów, bo jest znaczny, ale nie pochwalam celu ( tego w moim rozumieniu). W tym kontekście to mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Rozumiem blogi tematyczne, poradnicze, związane z konkretną pasją i komercyjne lub publicystykę. Nie rozumiem jednak auto-prezentacji. Może jestem już na to za stary, a może nie rozumiem kobiet. Proszę wybaczyć mi tę nadmierną subiektywną szczerość, która oczywiście nie jest "trendy". A na zakończenie to.. ..wszyscy szukamy i wszyscy idziemy jakąś drogą, czasami krętą. Nie myli się tylko ten co nic nie robi:)

    OdpowiedzUsuń
  17. Blogowanie faktycznie wciąga bardzo. Z racji wielu obowiązków zawodowych nie miałam ostatnio czasu czytać innych blogów i teraz robię to już okazjonalnie albo czytam skrótowo w grupach blogowych. Organizacja czasu przy prowadzeniu bloga jest mega ważna, mój syn jest tak mały, że nie ma opcji żebym pisała przy nim (i to chyba dobrze), aczkolwiek chwile zwątpienia w sens blogowania ostatnio mam często.

    OdpowiedzUsuń
  18. Jak ja Cię rozumiem! Sama miewam podobne rozkminy i sytuacje z telefonem. I siłą sie powstrzymuję przed tym. A czasem ulegam, niestety ;-)
    Niemniej, fajnie jest wiedzieć, że ktoś inny może mieć podobnie jak ja i grunt, to chyba pilnować ale też mobilizowac siebie nawzajem. Blogosfera dała mi, wbrew wszystkiemu co w niej złe, tyle dobrego i tak fajnych ludzi, że chociażby dla nich warto zostać. Grunt, to nie dać się zwariowac i robić swoje w swoim własnym osobistym rytmie.

    Ściskam! :-)

    OdpowiedzUsuń
  19. Staram się racjonalnie spędzać czas w sieci. Przyznaję, że gdy zrobię sobie taki dzień of-line do głowy przychodzi mi więcej pomysłów.

    OdpowiedzUsuń