niedziela, 4 stycznia 2015

Mam tych Świąt już po kokardę!

Było pięknie. Ciepło i wesoło. Mała M. mogła odpocząć od przedszkolnych obowiązków. Tata złapał trochę oddechu na solidnym urlopie. Ale teraz ... normalności! Ile może trwać to szczęście rodzinne?! Serio, ja już nie mogę. U kresu jestem. Dzisiaj stałam na skraju załamania nerwowego. Uratował mnie mąż (zwany Tatą).


Wręczył mi adidasy i powiedział:
- Idź!
Poszłam. Do lasu, na spacer. Sama. Trochę się spocić, trochę nasapać. Nacieszyć oczy odległym widnokręgiem. Sztorm na Bałtyku wywiał ze mnie całą frustrację.

I całe szczęście. Ratunek przyszedł w ostatniej chwili. Już miałam odpalić kompa i pisać do szefa, że wracam do pracy. Już! Choćby od poniedziałku. Proszę - bylebym tylko mogła wyjść z domu. Byleby ktoś inny wciskał Słodkiej Z. królika w potrawce i wysłuchiwał dąsów Małej M.. Dzieliło mnie od tego kroku  jedno tylko splunięcie króliczą potrawką. Jeszcze jedno - Maaamoooo nuuuudzę się! I bym pękła. Murowane!


Rodzina jest super. Nie ma wątpliwości - to mój życiowy numer jeden. Jednak czasem stężenie rodzinnego szczęścia mnie przerasta. Nieskończony potok słów z ust korali mojej najstarszej wylewa mi się uszami jak kipiące mleko z garnka. Praca, przedszkole - choć bezlitośnie nas na co dzień rozdzielają, stwarzają nam jednak życiową równowagę. Wyznaczają rytm dnia. Pozwalają się stęsknić. Dają szansę każdemu z domowników mieć własny świat. A gdy po południu spotykamy się razem w domu - jest radość. Wtedy z przyjemnością robimy wspólne konkursy rysunkowe. Rozczulamy się nad nieskończoną słodyczą naszej Z. Nikt dzieci nie wygania do swojego pokoju. Mama nie zrzędzi, że "głowa zaraz jej od tych wrzasków odpadnie".

Ufff... zaczyna brakować mi pracy :) Choćbym nie wiem jak tego pragnęła (a pragnę, naprawdę) - nie nadaję się na pełnoetatową mamę i panią na włościach. Podziwiam kobiety, które potrafią się w tym odnaleźć - narzucić sobie samej dyscyplinę. Nie tracić ducha.

W Nowy Rok nie weszłam raczej pełna energii, werwy, zapału. Ale myślę, że jestem dopiero na początku rozbiegu :) jeszcze się rozhulam, nie ma co! Odrzucę brudny dres, który przyrósł mi już do tyłka. Pora Mamo brać się w garść :) I z taką pieśnią na ustach zamierzam kroczyć dalej w 2015 rok. Wierzę, że to będzie nasz piękny czas.

Tego i Wam życzę.

Agnieszka

P.S. Przypominam Wam też, że już tylko dwa dni zostały do końca mojej świąteczno-noworocznej rozdawajki TUTAJ! Dalej dziewczyny (także Wy - nie blogujące), wiem, że mnie czytacie trochę :) Nie chcecie przetestować kolczyczków made by bauagany? :) Zachęcam, zachęcam wszystkich do zabawy!

A.

9 komentarzy:

  1. Też podziwiam takie kobiety, bo powoli gryzę parapet i szukam zajęcia... no nie umiem tak...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Korzystajmy jednak, bo potem będziemy jeszcze narzekać! Jeszcze będzie domowych pieleszy brakowało. Trochę to chyba niestety tak, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma" :)

      Usuń
  2. Aga, powiem Ci, że mam podobne odczucia. Wprawdzie nie mam dzieci, ale mąż i kot też dają do wiwatu;). A tak serio, to jestem takim typem człowieka, który jak ma wolne, to musi wyjechać, a tak w domu, stacjonarnie, to góra 3-4 dni, bo jak więcej, to wariuję i popadam w jakiś marazm. Też marzę o tym, żeby mieć wreszcie motywację do zrzucenia wymemłanego dresiku:). Po prostu jak ktoś jest człowiekiem czynu, to nie może za długo leniuchować;). A kiedy wracasz do normalnego trybu życia? Ja dopiero w środę, ale dzisiaj mam ambitny plan zaliczyć o 17:00 pilates i o 18:00 ABF:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uff no ja to jeszcze sobie poczekam zanim wrócę do takiej normalnej normalności. Urlop macierzyński do połowy maja, potem jeszcze zaległe urlopy. Chociaż nie zakładam, żebym miała tak długo wytrzymać :) W ramach wychodzenia z domu i spotykania się z innymi dorosłymi planuję od stycznia spinning i fitnesik :) Pozdrówki!

      Usuń
  3. Oj Aga, jestem z Tobą! Też już się cieszę z powrotu do normalności, młody u niani a ja zaraz na basen śmigam, nareszcie!! :D Siedzenie w domu z dzieciaczkami full time niestety i nie dla mnie! :( Choć bardzo bardzo bym chciała! Ale wystarczy spojrzeć na te rozradowaną buziuchnę M; zapewniłaś jej na pewno super czas. I tylko to z tych świąt zapamiętasz.
    Buźka, Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na basen? W dziewiątym miesiącu?! Jesteś mistrzynią niedoścignioną. Dla mnie w dziewiątym miesiącu wyzwaniem było pokonać dystans z kanapy do toalety!

      Usuń
  4. uf, czasami myślę, że tylko ja tak mam. ja naprawdę się cieszę, że mogę sobie jak to napisałaś "panią na włościach". ale miewam dni, kiedy bycie matką i żoną wychodzi mi po prostu uszami. wtedy - tak jak ty ostatnio :) - zakładam buty i uciekam na samotny, długi spacer. Doładować akumulatorki, przewietrzyć głowę. A po powrocie do domu, mąż stęskniony, dzieć stęskniony, więc wracam do codziennej krzątaniny :) ach przydałaby się jakaś praca od czasu do czasu, dla odskoczni, ale wracać na etat jakoś mi się jeszcze nadal nie chce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie - najfajniej byłoby tak od czasu do czasu :) Też mi się to zawsze marzy!

      Usuń
  5. Ja też mam plany "ćwiczeniowe". :) W zasadzie dziś zaczęłam wyzwanie 30-sto dniowe z przysiadami plus boczki z Tiffany i orbitrek (to ostatnie wieczorami, gdy mąż wróci z pracy, co by synka zagadał, aby ten mnie nie zwlókł z urządzenia przed czasem). Niestety brzuszków nie dałam rady - po kilkunastu kark mnie tak bolał, ciągnął, że się poryczałam. Nie z bólu, a z bezradności, że rady nie dałam. A kiedyś dawałam. :(
    Pozdrawiam,
    Katarynka

    OdpowiedzUsuń