wtorek, 30 września 2014

Blogowe rozterki nie-całkiem-blogerki

Czyli moje refleksje po pierwszym miesiącu blogowania.


Założyłam tego bloga pod wpływem impulsu. Nie była to jakoś szczególnie przemyślana idea, koncepcja czy inny wielki plan. Ot po prostu - coś trzeba robić, dzielić się tym i jakoś motywować się do działania.

Nigdy wcześniej nie czytywałam też wielu blogów. Miałam kilka swoich ulubionych- kulinarnych, na które zaglądałam od czasu do czasu gdy naszła mnie ochota na jakieś nowe kuchenne wyzwania. Na pozostałe blogi trafiałam raczej z przypadku.

Tak naprawdę blogosferę odkrywam dopiero teraz, tworząc własnego bloga. Dowiaduję się, że są takie cuda jak Candy, wyzwania i inne wymysły. Że jest cała etykieta blogowa - trzeba tu nawet uważać z komentarzami (lub ich brakiem) bo można zrobić jakąś gafę. Że wypada się wzajemnie "polubiać", "followować", "tweetować" czy przypinać. No masakra!


O co w tym chodzi?

Do tej pory, żyłam w mylnym przekonaniu, że blog jest formą pamiętnika - zbioru własnych refleksji, pomysłów czy aktów twórczych, którymi mamy ochotę podzielić się z innymi - ot po prostu, żeby nie produkować tak "do szuflady". A tymczasem okazuje się, że blogowanie to jest forma jakiegoś biznesu. Jakaś taka internetowo-wydawnicza mini działalność. Trzeba tu walczyć o czytelnika, prześcigać innych blogerów w oryginalności pomysłów marketingowych. Bądź odwrotnie - zrzeszać się celem zwiększenia siły rażenia :) Trzeba mieć piękne zdjęcia, "wartościowe" wpisy - żeby czytelnik chciał u nas zostać. WTF?

Ok, myślę sobie. Może jest i w tym racja - w końcu jeśli robimy coś publicznie, to zwykła przyzwoitość wymaga od nas elementarnej troski o naszego odbiorcę - żeby miło mu u nas było. I zaczęłam zgłębiać temat - jak się w ogóle za to zabrać?

Dla takich ciemniaków jak ja powstaje mnóstwo blogów o blogowaniu (mój ulubiony - pisany przez Karolinę znajdziecie TU). I chętnie je teraz przeglądam, próbując dowiedzieć się jak powinnam funkcjonować w blogosferze, jak zasymilować się z kręgiem innych blogerek.

I o ile niektóre redy wydają mi się rozsądne np.:

Uważaj na rozmiar zdjęć, żeby strona nie otwierała się zbyt długo - co racja, to racja, 
czy nawet: 
Nie zamieszczaj komentarzy  typu "zapraszam do mnie na bloga" dorzuć chociaż coś miłego jak: "podoba mi się Twój blog, zapraszam Cię też do siebie, może znajdziesz i u mnie coś interesującego" - no tak, kultura musi być, dbajmy o maniery w Internecie - popieram.

To niektóre, z mojej nie-całkiem-biznesowej perspektywy, wydają się dość kuriozalne np.:
Stwórz zapasy zdjęć na zimę, kiedy trudniej o dobre fotki - to mam napstrykać dookoła co się da, byle "ładne" i potem co? Pisać posty "pod fotkę" czy wtykać fotki na siłę do postów, byle było "ładnie"?
albo
Stwórz sobie zapas interesujących cytatów - jak nie będziesz miała o czym pisać, dobry cytat jest zawsze na miejscu.

No nie, tu już się buntuję. Pozostaję jednak przy mojej bardziej romantyczno-spontanicznej wizji blogowania:) Pisania o tym co mi w duszy gra, co leży na sercu a nie pod publikę czy pod ładne zdjęcie. Oczywiście, nie chcę być hipokrytką - zależy mi, żeby chociaż od czasu do czasu ktoś do mnie zajrzał i żeby pomyślał sobie, że podoba mu się to, co u mnie napotkał. Ale no nie dajmy się zwariować! Trudno, najwyżej niewielu tych czytelników będę miała - taki los:)

I co teraz?

Wszystkie te przeczytane blogo-porady nieco mnie onieśmieliły. Martwię się teraz, że moje posty nie są wystarczająco "wartościowe" żeby się z nimi komukolwiek napraszać. Konieczność bycia takim świetnym i ładnym trochę też paraliżuje pewne działania - chciałam np. podać Wam ostatnio przepis na mój ulubiony gulasz rybny, który zasmakuje nawet rybo-sceptykom...ale zdjęcia jakieś takie mizerne, wstyd zamieszczać pomyślałam - i przepisu nie opublikowałam. 

Jednak to chyba nie tędy droga! Miałam przecież, zgodnie z tym co pisałam w pierwszym poście, odrzucić wątpliwości i nękający mnie perfekcjonizm. Znakiem mojego bloga miało być działanie! Tak jak umiem, nie zawsze idealnie.

Przepraszam Was zatem Drodzy Moi Nieliczni Czytelnicy, że nie będzie u mnie takich redakcyjnych zabiegów jak np. stałe rubryki - żadnych "biżuteryjnych piątków" czy "kuchennych poniedziałków". Bo co by to było gdybym w taki "biżuteryjny piątek" wolała raczej raczej wyżalić się Wam na trudny maminy los, lub gdybym to w taki właśnie piątek nie mogła wytrzymać by nie podzielić się z Wami przepisem na pyszne ciasto, które udało mi się uklecić? O nie, to nie dla mnie. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Jeszcze chyba nie dorosłam.
Ufff...

Po pierwszym miesiącu blogowania mogę też z całą stanowczością stwierdzić, że jest to niemal tak czaso i myślo-chłonne jak praca na cały etat. Aparat, musi być nieustannie pod ręką. Robię zdjęcia praktycznie każdej mojej aktywności - gotuję coś smacznego (a gotuję tylko smaczne rzeczy:) )- pstryk! maluję szafki w przedpokoju - pstryk! plotę nowe kolczyki - pstryk! szyję fartuszek dla Małej M. - pstryk! Ufff... A potem wszystkie zdjęcia do szybkiej obróbki. Uff... Na pisanie też trzeba znaleźć czas i na czytanie innych blogów również - bo w końcu nadal się jeszcze uczę co i jak. Ufff... I nie mogę się obijać - nie odkładać plecenia wisiorka na później - bo czuję się jednak nieco wobec Was zobowiązana Drodzy Moi Nieliczni... Nie chciałabym, żeby wiało tu nudą! Ufff... :)

Nawet pisząc ten post musiałam zrobić zdjęcie - pstryk! Bo jak to? Post bez zdjęcia? To nie wypada :) Ufff...


A.

3 komentarze:

  1. Dawaj dalej z tym BLOGASEM jest ok :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiscie ze jest ok.Ja osobiscie zagladam zeby zobaczyc nowe wyroby ale lubie poczytac o malych slodziakach a co "wkurza mame "jest super :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie sciemniaj Aga, tylko wrzucaj przepis na gulasz rybny! To druga z rzeczy, ktroych nigdy nie odwazylam sie upichcic, mimo ze uwielbiamy wszyscy ryby (a Flo najbardziej z nas, woli od ciastek ;)) to jakos weny mi brak, no i dobrego przepisu chyba ! A, i popros S zeby ci zrobil piekne zdjecie nad garnkiem i problem z glowy :)

    Buzka, jest dobrze !!!
    Marta

    OdpowiedzUsuń